Z każdej strony spływają do nas raporty i analizy, które mówią jednym głosem: przed polskim budownictwem trudny czas. Rekordowe zadłużenie firm, problemy
podwykonawców, zahamowanie inwestycji, słaba absorpcja funduszy unijnych, niestabilne przepisy. Jednocześnie rząd zapowiada megaprojekty, rekordowe inwestycje infrastrukturalne i zwiększone nakłady na mieszkalnictwo. Czy to szansa czy raczej zapowiedź jeszcze większych turbulencji? O tym wszystkim rozmawiam z Mariuszem Dobrzenieckim, prezesem Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa, który widzi branżę zarówno z perspektywy eksperta, jak i lidera środowiska liczącego prawie 120 000 inżynierów.
Raporty analityków ING wskazują, że dekoniunktura w budownictwie stała się szeroko zakrojona, a silniejsze odbicie w inwestycjach przesuwa się dopiero na rok 2026. GUS alarmuje: produkcja budowlano-montażowa w sierpniu spadła o 6,9% rok do roku. Jak Pan ocenia ten obecny układ polityczno-legislacyjny – czy tworzy on warunki do wyjścia z tych problemów, czy wręcz przeciwnie?
To jest moment przełomowy. W przeciągu ostatnich 2 lat mieliśmy kumulację kilku zjawisk: zmian legislacyjnych, rosnących kosztów materiałów, zaburzeń w łańcuchach dostaw, rekordowych podwyżek energii i stóp procentowych. Do tego dochodzi opóźniona absorpcja funduszy unijnych, zarówno tych regularnych, jak i z KPO.
Branża jest obecnie w momencie wyczekiwania na to, co będzie dalej. Prawdą jest, że potrzebuje stabilnych ram prawnych, a te w Polsce zmieniają się zbyt dynamicznie.
Jak wygląda wkład PIIB w proces legislacyjny? Czy w tym procesie uwzględniane jest stanowisko, które prezentuje samorząd zawodowy inżynierów budownictwa?
PIIB w 2025 r. zgłosił 82 oficjalne uwagi i zastrzeżenia legislacyjne, z czego 58 zostało przyjętych, 22 przekazanych do senatu, a jedynie dwa odrzucono. To pokazuje skalę działań, jakie podejmujemy jako środowisko, i naszą skuteczność. Ogromne zasoby angażujemy we współtworzenie nowych przepisów techniczno-budowlanych, w tym największej od lat nowelizacji warunków technicznych, do których nasi eksperci złożyli ponad 100 uwag.
W zespole doradczym przy Ministrze Rozwoju i Technologii pracowało 10 naszych przedstawicieli. To jest jasny dowód na to, że branża chce współtworzyć regulacje, a nie tylko reagować na skutki ich błędów.
Dziś jednak mogę powiedzieć jednoznacznie: nie da się prowadzić dużego sektora gospodarki przy tak częstych zmianach prawa, które wymagają codziennego monitorowania Dziennika Ustaw.
Stabilność legislacyjna to podstawa – nie zastąpią jej nawet najlepsze intencje rządu. Dlatego uważam, że to właściwy moment na fundamentalną rozmowę o procesie inwestycyjnym w Polsce, który niestety przez lata był obciążany licznymi wrzutkami legislacyjnymi. Czas zacząć go upraszczać i przenosić obowiązki na inwestora. Najlepszym tego przykładem jest kwestia odpowiedzialności bhp kierownika budowy, która w mojej ocenie powinna być po stronie inwestora, tak jak w innych krajach europejskich.
Jednym z przykładów trudności są nowe przepisy o schronach i ukryciach. Ustawa weszła w życie, ale samorządy wskazują, że… nie ma aktów wykonawczych. Jak Pan to skomentuje?
To klasyczny przykład zbyt szybkiego tempa prac legislacyjnych, będącego skutkiem wieloletnich zaniedbań. Sama ustawa, konieczna i słuszna, definiuje schron, ukrycie oraz miejsca doraźnego schronienia, ale bez aktów wykonawczych samorządy pracują „na ślepo”. Pierwsze rozporządzenie ukazało się dopiero w lutym 2025 r. i dotyczyło jedynie inwentaryzacji obiektów. Jeśli Polska ma wydać 5 mld zł na ochronę ludności oraz obronę cywilną w latach 2025–2026, to inwestycje te muszą zostać zrealizowane zgodnie ze sztuką. Możliwe jest to tylko przy jasnych przepisach i kompetentnych uczestnikach procesu inwestycyjnego.
Jak ocenia Pan kontrowersyjne przepisy, które wprowadzają nierównowagę między architektem a inżynierem, szczególnie w zakresie zabudowy zagrodowej i związanych z nią ograniczonych uprawnień architektonicznych?
Nie rozumiem, dlaczego politycy ulegają absurdalnej argumentacji mówiącej o wyjątkowości pracy architekta przy projektowaniu choćby domków jednorodzinnych, skoro większość takich inwestycji opiera się na projektach katalogowych. W poprzedniej kadencji sejmu byliśmy blisko wprowadzenia zmian w tym zakresie, jednak zabrakło czasu. Liczymy, że te zmiany uda się przeprowadzić w obecnej kadencji, choć mam wrażenie, że nie wszystkie ugrupowania polityczne są tym zainteresowane.
Jak wygląda obecnie kondycja samorządu inżynierów budownictwa? Jaka jest ocena Prezesa po trzecim roku urzędowania?
Jesteśmy jedną z największych organizacji eksperckich w Polsce. Działamy w 16 okręgach i zrzeszamy ponad 118 000 inżynierów. To więcej niż liczba żołnierzy w niejednej europejskiej armii. Skala naszej działalności jest ogromna. W ciągu ostatnich lat wykonaliśmy naprawdę gigantyczną pracę. Po pierwsze, kompletnie odnowiliśmy system ubezpieczeniowy – w nowej umowie OC utrzymaliśmy cenę, a jednocześnie podnieśliśmy dwukrotnie sumy gwarancyjne. Po drugie, wprowadziliśmy kalkulatory nakładów pracy, z których dziś korzysta już 90 000 użytkowników. To narzędzie naprawdę pomaga w realnym wycenianiu pracy inżyniera. Po trzecie, zorganizowaliśmy największą w historii akcję pomocy humanitarnej po powodzi w 2024 r. – oceniliśmy 10 000 obiektów i wsparliśmy dziesiątki tysięcy beneficjentów. I wreszcie, intensyfikujemy działalność międzynarodową – Filip Pachla, wiceprezes PIIB, został skarbnikiem Europejskiej Rady Inżynierów Budownictwa. Wewnętrznie samorząd działa coraz sprawniej, ale najważniejsza zmiana zaszła w świadomości: inżynierowie coraz częściej widzą w nim partnera, a nie „instytucję od pieczątek”. 86% członków pozytywnie ocenia działalność PIIB w ostatnim roku. To ogromny kredyt zaufania i zobowiązanie.
Wizytówką wielu samorządów jest kształcenie. PIIB intensywnie inwestuje w szkolenia, webinaria i narzędzia edukacyjne, a w ostatnim czasie dużą popularność zdobywają także podcasty. Jak wygląda skala tych działań?
Skala naszej działalności edukacyjnej jest naprawdę rekordowa. Tylko w latach 2024 i 2025 przeprowadziliśmy ponad 120 dużych szkoleń online i hybrydowych, wygenerowaliśmy ponad 2400 godzin zajęć edukacyjnych, a wzięło w nich udział 18 000 inżynierów. Co więcej, średnia ocena naszych szkoleń w wewnętrznych ankietach wyniosła 4,6/5,0.
Na rynku pracy rośnie zapotrzebowanie na kompetencje specjalistyczne w zakresie BIM-u, zrównoważonego budownictwa, odporności infrastruktury oraz modernizacji energetycznej budynków. Dlatego szkolenia PIIB ewoluują. Już dziś bliżej nam do centrum wiedzy niż do tradycyjnej instytucji samorządowej.
Nie bez znaczenia jest także Rada Młodych przy KR PIIB, którą powołaliśmy, oraz Forum Młodych Inżynierów – wydarzenie, które zgromadziło setki przyszłych liderów branży. To oni przejmą kiedyś odpowiedzialność za polskie budownictwo, więc musimy dać im szansę i narzędzia.
Przejdźmy do tematu, który wywołał na niedawnych konferencjach i spotkaniach sporo emocji. Mówił Pan wprost: To ostatni moment na ratowanie jakości kształcenia inżynierów. Jak wygląda obecnie sytuacja edukacji na kierunku budownictwo?
Dzieje się rzecz bardzo niebezpieczna – system, który miał przygotowywać przyszłych kierowników budów i projektantów, zaczyna wypuszczać absolwentów dobrze wyuczonych, ale słabo rozumiejących realia pracy.
Najlepiej widać to podczas egzaminów na uprawnienia. Testy teoretyczne z roku na rok są zdawane na coraz wyższym poziomie. Kandydaci korzystają z aplikacji, wspierają się internetem i uczą się odpowiedzi na pytania. Część ustna jednak… to prawdziwy dramat. Spadek poziomu wiedzy jest tak głęboki, że w niektórych izbach mówi się już o „zapaści kompetencyjnej”. I nie chodzi o brak chęci. Chodzi o to, że młodzi ludzie po prostu nie mają realnej praktyki na budowie. Mogą powtarzać definicje, ale gdy pada pytanie: „Jak poprowadziłby pan roboty na tym etapie?” – zapada cisza. I to jest bardzo niebezpieczne zjawisko. Robimy wszystko, aby mu przeciwdziałać.
Chciałbym zapytać o fikcyjne praktyki – czy to problem systemowy czy jednostkowy?
To jest problem systemowy. Praktyka stała się formalnością – sprowadza się do wpisu w książce, pieczątki i podpisu. Tymczasem powinna być ona okazją, by student empirycznie uczył się, jak wyglądają zbrojenie, odbiór robót, współpraca branżowa lub harmonogram. Tego dzisiaj brakuje. I to właśnie dlatego część ustna egzaminów wypada coraz gorzej, podczas gdy część testowa o wiele lepiej. Młodzi inżynierowie są bardzo zdolni, ambitni, ale… nie byli na budowie tyle czasu, ile powinni być. Nie widzieli tyle, ile powinni zobaczyć. Niestety. Chciałbym, żeby to wybrzmiało jasno: nie możemy budować infrastruktury kraju, jeśli nie odbudujemy realnych praktyk zawodowych.
Jednocześnie spada liczba studentów. Dane z politechnik są szokujące – szczególnie pięcioprocentowy roczny spadek. To już trend, a nie chwilowa korekta.
Tak, i to trend dramatyczny. Weźmy Politechnikę Krakowską: 4 lata temu miała ponad 420 absolwentów, dziś – zaledwie 255. Podobnie jest na Politechnikach Warszawskiej, Łódzkiej i Śląskiej – wszędzie widać spadki. A teraz jeszcze jedna, bardziej znacząca liczba: w niektórych ośrodkach liczba kandydatów na studia magisterskie zmniejszyła się nawet o 60%. Dlaczego to takie groźne? Przecież kierownik budowy, projektant, inspektor to nie są funkcje dla świeżego inżyniera po licencjacie. To są funkcje dla ludzi z pogłębioną wiedzą, praktyką i odpowiedzialnością. Jeśli z rynku znikają przyszli magistrzy, to za kilka lat nie będzie komu prowadzić dużych budów.
A do tego dochodzi jeszcze kolejny wątek – magister budownictwa po… logistyce lub innym kierunku. Czy tak jest naprawdę?
Niestety tak. Zdarzają się przypadki, że uczelnie przyjmują na studia magisterskie osoby, które nigdy nie miały kontaktu z budownictwem. Po 1,5 roku otrzymują one dyplom magistra inżyniera budownictwa. A to jest pójście na skróty, które niszczy cały system. Żadna europejska uczelnia inżynierii lądowej nie oferuje takiej ścieżki. Budownictwo wymaga solidnych fundamentów – wiedzy z zakresu: materiałoznawstwa, statyki, mechaniki, konstrukcji i technologii. Tych przedmiotów nie da się nadrobić w weekend. Skutek? Dewaluacja dyplomu i jeszcze większe problemy z egzaminami zawodowymi.
A co młodzi myślą o zawodzie? Państwa badania sugerują, że wizerunek nie jest aż tak zły, jak mogłoby się wydawać.
To prawda – i to jest promyk nadziei. W naszym badaniu z 2025 r. okazało się, że 51% młodych ma pozytywne skojarzenia z zawodem, 45% – neutralne, a w dużych miastach zawód inżyniera budownictwa jest oceniany na 3,7/5,0. Czyli nie jest źle. Młodzi szanują zawody techniczne. Problem leży gdzie indziej: to po prostu nie jest pierwszy wybór. Kierunki takie jak informatyka, automatyka i mechatronika przyciągają prestiżem oraz wysokimi zarobkami.
A budownictwo jest postrzegane jako trudne, wymagające, obciążone odpowiedzialnością i w początkowych latach słabiej opłacane. Do tego dochodzą wysokie oczekiwania młodego pokolenia – chcieliby pracować zdalnie, elastycznie i kreatywnie. A budowa to ciągła obecność w terenie, presja czasu oraz ogromna odpowiedzialność. Musimy wspólnie pracować nad kwestią wynagradzania inżynierów budownictwa. Jeśli tego nie zrobimy, nie będzie komu budować Polski w 2040 r.
Część ekonomiczna to temat, który budzi największe emocje. Mamy rekordowe zadłużenie firm budowlanych w wysokości 5,8 mld zł. Słyszymy, że w segmencie robót specjalistycznych długi rosną już o 20% rok do roku, a podwykonawcy stają się ofiarami zatorów płatniczych. Jak Pan to widzi jako szef samorządu?
To jest sytuacja bardzo poważna. Dane BIG InfoMonitor są alarmujące: w sektorze PKD 43, czyli robót specjalistycznych, zadłużenie zbliża się do 2 mld zł, a mniejsze firmy tracą płynność. Pamiętajmy, że sektor budowlany to ponad 430 000 przedsiębiorstw, z czego aż 98% to podmioty mikro i małe. Gdy one tracą płynność, cały system przestaje działać. Obecnie widzimy trzy główne problemy. Po pierwsze – brak stabilności zleceń. Opóźnienia w funduszach unijnych sprawiły, że rynek infrastrukturalny praktycznie zamarł. Analitycy ING piszą wprost: większość ze 100 mld zł z Krajowego Planu Odbudowy popłynie dopiero w 2026 r. To oznacza 2 lata czekania. Po drugie – wysokie koszty kontraktowe. W ciągu ostatnich lat koszty materiałów wzrosły nawet o 40–70%, a energii i robocizny – jeszcze bardziej. I po trzecie – zatory płatnicze. Bez skutecznych narzędzi prawnych mniejsze firmy są w sytuacji asymetrycznej – nie mają jak egzekwować należności. To klasyczne sprzężenie zwrotne: duże inwestycje ruszają, ale wkrótce może zabraknąć wykonawców, bo mali przedsiębiorcy walczą teraz o przetrwanie.
A przecież od 2026 r. ma ruszyć fala megaprojektów: CPK, modernizacje kolei, inwestycje energetyczne, a także odbudowa obrony cywilnej. Czy to szansa na nowe otwarcie?
To może być największy program inwestycyjny ostatnich 30 lat. Budżet na infrastrukturę ma wzrosnąć do 100 mld zł, a same projekty kolejowe na lata 2025–2032 mają wartość 180 mld zł. Szanse są ogromne. Zagrożenie jest jedno: polska branża budowlana nie może wejść w megaprojekty z problemem braku ludzi i finansowania.
Dziś 5% firm deklaruje brak płynności. W mojej ocenie, jeśli ta liczba wzrośnie do 10–15%, megaprojekty zostaną zagrożone. Poza tym to kolejny rok, w którym trwa wyczekiwanie na start tych inwestycji. CPK, energetyka jądrowa czy mityczna już odbudowa Ukrainy po wojnie cały czas nie mają realnych horyzontów. Przedsiębiorcy nie mogą stabilnie planować rozwoju, lecz walczą o przetrwanie. To ślepa uliczka. Jeśli resorty odpowiedzialne za planowanie inwestycji nie przygotują scenariuszy, które pozwolą firmom odpowiednio projektować rozwój, sytuacja się nie zmieni – przedsiębiorstwa nadal będą zmuszone jedynie walczyć o przetrwanie. Uważam, że to nie jest właściwa droga.
A co z mieszkalnictwem? Rząd zapowiada rekordowe 6,7 mld zł w 2026 r. Czy to coś zmieni?
To naprawdę duży impuls, zwłaszcza że ponad 4 mld zł mają trafić na mieszkania społeczne i komunalne. Ale same pieniądze to nie wszystko. Największą barierą będą wysokie ceny działek, brak rąk do pracy, problemy z terminowością realizacji, rosnące ceny materiałów oraz niska przewidywalność prawa. Wszystko wskazuje na to, że rok 2026 może być okresem ogromnego popytu i jednocześnie dużej presji kosztowej. Dla inżynierów oznacza to więcej pracy, ale też większą odpowiedzialność. Już teraz trzeba sobie zadać pytanie: jak w jednym czasie zagospodarować tyle obszarów? Mam tu na myśli mieszkalnictwo, kolej, energetykę jądrową, obiekty związane z Tarczą Wschód, a do tego kwestie bezpieczeństwa – modernizację schronów i miejsc doraźnego schronienia. Wszystko to trzeba realizować równocześnie. Uważam, że zwłaszcza w kontekście mieszkalnictwa prefabrykacja będzie jedynym rozwiązaniem, które pozwoli realnie zaspokoić potrzeby mieszkaniowe naszych obywateli. Tradycyjne budownictwo w obliczu nadchodzących wyzwań po prostu będzie stawało się coraz droższe.
Gdyby miał Pan wskazać kluczowe ryzyko i największą szansę dla polskiego budownictwa w najbliższych latach, co by to było?
Największe ryzyko to brak stabilizacji finansowej, legislacyjnej i kadrowej. Jeśli tych trzech filarów nie zbudujemy, nawet najlepsze megaprojekty będą zagrożone. Natomiast największą szansą są profesjonalizacja oraz cyfryzacja. Inżynierowie zajmujący się technologią BIM, zarządzaniem ryzykiem, odpornością infrastruktury i zielonym budownictwem staną się najbardziej poszukiwanymi specjalistami w Polsce. PIIB będzie ich w tym wspierać. Tu też chciałbym podkreślić potrzebę rozwoju umiejętności menedżerskich. Wysokospecjalistyczna wiedza inżynierów budownictwa w połączeniu z doskonalonymi umiejętnościami miękkimi to przepis na jednych z najlepszych specjalistów na świecie.
Korzystając z okazji, chcę życzyć polskim inżynierom, aby te trudne czasy stały się okresem profesjonalnego wzrostu i umocnienia roli naszego zawodu
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Radosław Wojnowski
rzecznik Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa
Fot. Tomasz Wróblewski




